Stefan Florescu: Jest wystarczająco dużo możliwości, aby wszyscy buskerzy mogli występować.
Artysta uliczny Stefan Florescu na festiwalu Busker Tour w Krotoszynie fot. Joanna Dryjańska-Pluta
Przez ostatnie kilka miesięcy rozmawialiśmy ze Stefanem Florescu na różne tematy związane z występowaniem na ulicy i festiwalami. Nadszedł czas, aby uporządkować nasze pomysły oraz wskazówki i podzielić się nimi z Wami.
Z tego wywiadu dowiesz się więcej o jego historii jako artysty ulicznego, drodze na pierwsze festiwale sztuki ulicznej oraz o jego trybie życia bez stałego miejsca pobytu.
Zdecydowaliśmy się zachować formę swobodnej rozmowy — tak jakbyśmy wciąż rozmawiali prywatnie — dlatego dzielę również swoimi spostrzeżeniami z perspektywy kuratora i producenta festiwali.
Małgorzata Węglarz (Busker.pl): Jak opisałbyś siebie w kilku słowach?
Stefan Florescu: Gdybym miał opisać siebie w kilku słowach, powiedziałbym, że jestem bardzo ambitny, uzależniony od występowania, chcę być najlepszy, chcę być nieszablonowy i mam mnóstwo pomysłów. Jednocześnie bywam czasem leniwy i wygodny, więc pomaga mi, gdy mam kogoś, kto wywiera na mnie presję, bym szedł właściwą drogą.
Jesteś dobry w sztuczkach piłkarskich, ale czy jesteś dobry w grze w piłkę? I czy jesteś fanem piłki nożnej?
Kiedy byłem dzieckiem, bardzo chciałem zostać piłkarzem, ale w moim rodzinnym mieście była tylko jedna opcja – szkoła sportowa. Kiedy tam poszedłem, grupy piłkarskie były już pełne, więc musiałem czekać rok. W międzyczasie zdecydowałem się dołączyć do grup biegowych, bo pomyślałem, że pomoże mi to w przyszłości w piłce nożnej. Skończyło się na tym, że biegałem profesjonalnie i byłem nawet srebrnym medalistą w swojej kategorii wiekowej w Rumunii.
Pewnego razu nie zakwalifikowałem się do mistrzostw na poziomie krajowym. Pamiętam, że mój trener bardzo chciał, bym przeszedł kwalifikacje, i tego ranka dał mi zestaw witamin, po których poczułem się źle. Myślę, że to jeden z powodów, dla których nie osiągnąłem swojego najlepszego wyniku w tych kwalifikacjach. Nigdy mu tego nie powiedziałem. Był rozczarowany i mimo że dawałem z siebie wszystko na treningach, przestał zabierać mnie na zawody, więc straciłem motywację do ćwiczeń.
Nigdy tak naprawdę nie grałem w piłkę, ale widziałem na YouTube filmy z pierwszą generacją freestyle footballowców robiących szalone sztuczki. Wtedy naprawdę myślałem, że to zmontowane filmy, ale powoli zacząłem uczyć się łatwiejszych trików i odkryłem ten „sport/sztukę”.
Odpowiadając na Twoje pytanie, chciałem grać w piłkę, ale nigdy nie miałem okazji i powoli stawałem się freestylerem piłkarskim.
Obecnie ani nie śledzę piłki nożnej, ani nie kibicuję żadnej drużynie.
Trick freestyle football w wykonaniu Stefana Florescu podczas Busker Tour w Krotoszynie, zdjęcie: Joanna Dryjańska-Pluta.
Jak zdecydowałeś się zostać buskerem i dlaczego występujesz na ulicy?
W freestyle footballu bardzo lubiłem układać choreografię do muzyki i robić z tego pokaz. W tamtym czasie społeczność freestyle’owa była bardzo skupiona na bitwach, a choreografia i pokazy były czymś, na co patrzono z góry. Zawsze starałem się więc podążać za tym, czego chciała społeczność, i ćwiczyłem rzeczy, w których nie byłem dobry, zamiast tego, co sprawiało mi przyjemność i w czym byłem faktycznie dobry. Zawody nie były pewnym sposobem na życie z freestyle footballu, więc starałem się bardziej skupić na występach, po prostu po to, by móc zajmować się freestylem na pełen etat.
Poszedłem do pierwszej edycji „Mam Talent” w Rumunii, co dało mi przez jakiś czas możliwości występowania. Jednak, jak każdy freestyler na świecie w tamtym czasie, miałem pokaz, który trwał około 3 do 5 minut. Organizatorzy wydarzeń szukali dłuższych pokazów i nikt nie rozumiał, jak trudno jest robić triki freestylowe przez dłuższy czas. Z czasem okazji do występów było coraz mniej.
Warto wspomnieć, że w społeczności freestyle’owej busking jest ogólnie uważany za sposób na ćwiczenie trików, które nie są jeszcze stabilne, lub sposób na naukę kontrolowania emocji przed ludźmi, zanim zacznie się robić pokazy sceniczne lub brać udział w zawodach.
Więc pierwszy raz zacząłem występować na ulicy nad morzem w Rumunii w lecie. To było miejsce bardzo przyjazne dla początkujących, ponieważ w tamtym czasie nie mieliśmy w ogóle sztuki ulicznej, plaża w wakacje jest bardzo zatłoczona i wszyscy zatrzymywali się bardzo szybko.
Po prostu robiłem triki z pudełkiem przed sobą przez kilka godzin dziennie. Było miło, ale problem polegał na tym, że sezon letni trwał tylko dwa i pół miesiąca w roku i nie oszczędzałem pieniędzy. Jednak dla 17-latka życie przez całe lato nad morzem to było „życie jak w bajce”.
Z Rumunii do Amsterdamu z 10 euro w kieszeni.
Podbiłeś moje serce swoim zgłoszeniem na festiwal Busker Tour i opisem: „Przyjechałem do Amsterdamu z Rumunii, 48 godzin autobusem i z 10 euro w kieszeni. Przetrwałem do teraz :D”.
Czy wysłałeś kiedykolwiek ten sam opis na inne festiwale?
Nigdy nie wysłałem tego opisu na żaden inny festiwal. Pamiętam, że byłem odrzucany tyle razy, że nie spodziewałem się już akceptacji. Więc po prostu napisałem to, co wtedy czułem.
A ja Cię zaprosiłam! Potraktowałam to jako żart, zwłaszcza że wspomniałeś o moich artykułach, odpowiadając na inne pytania w tym samym formularzu zgłoszeniowym. Dlaczego więc Amsterdam?
Kiedy skończyło się lato, nie zarabiałem żadnych pieniędzy. Mieszkałem z ojcem i babcią w domu na wsi w północno-wschodniej Rumunii, blisko granicy z Ukrainą. Życie tam nie było łatwe. Mój ojciec był chory i nie pracował, więc wszyscy żyliśmy z emerytury babci. Czasem nie mieliśmy prądu przez miesiące. Musiałem wybrać: albo szybko znajdę zwykłą pracę, albo zacznę zarabiać na freestyle’u. Znalezienie zwykłej pracy ani przez sekundę nie przeszło mi przez myśl. Miałem być freestylowcem. Ale jak?
Wtedy przypomniałem sobie wiralowy film na YouTube z freestylerem występującym na ulicy w Amsterdamie. W moim ostatnim sezonie nieprofesjonalnych występów na ulicy nad morzem zaoszczędziłem w sam raz tyle, by móc kupić bilet autobusowy do Holandii. Po kupieniu biletu zostało mi 10 euro w kieszeni. Nie miało to jednak znaczenia, bo wiedziałem, że jak już tam będę, po prostu będę żyć z pieniędzy z występów ulicznych.
Gdyby tylko wszystko było takie proste!
Pierwszego dnia występowałem na ulicy przez pięć godzin bez przerwy z dwoma kolegami. Żadnych przerw. Na koniec dnia mieliśmy 9 euro do podziału na trzy osoby. Nie był to najlepszy start. Ludzie po prostu nas ignorowali. Po raz pierwszy występowałem w miejscu, gdzie występy na ulicy były czymś normalnym i ludzie po prostu nie byli ciekawi tego, co robimy. Mijali nas, jakbyśmy nawet nie istnieli.
Przez pierwsze kilka tygodni nie zarabiałem wystarczająco dużo, by zapłacić za jakikolwiek nocleg. W pierwszym tygodniu znalazłem kemping bez ochrony w nocy, więc zawsze chodziłem tam z namiotem i wychodziłem, zanim przyszła poranna zmiana. Kiedy mnie znaleźli i wyrzucili, przez jakiś czas spałem w parku.
Bardzo trudno jest się rozwijać, gdy boisz się o to, gdzie będziesz spać. Wiele razy budziły mnie latarki policji albo duże psy, które mnie obwąchiwały. Byłem bardzo rozczarowany, ale widziałem innych wykonawców robiących prawdziwe pokazy z tłumami, więc wiedziałem, że problem leży we mnie. W końcu dotarłem do Pragi, gdzie wszystko było znacznie łatwiejsze. Znalazłem tani nocleg i kiedy nie miałem już presji związanej z tym, gdzie będę spać, zacząłem robić postępy.
Pokaz uliczny Stefana podczas Busker Tour w Krotoszynie. Zdjęcie: Joanna Dryjańska-Pluta.
Spotkaliśmy się po raz pierwszy dziesięć lat temu, kiedy Twój występ uliczny skupiał się na pokazywaniu trików piłkarskich bez żadnej struktury pokazu. Jaki jest teraz Twój proces tworzenia pokazów?
Kiedy występowałem w Pradze, spotkałem Marcina EX-a. Zaprosił mnie i innego kolegę na polski festiwal. W tamtym czasie mój występ trwał tylko około trzech minut. Czułem, że tam nie pasuję, więc przez bardzo długi czas nie traktowałem festiwali jako czegoś, co mógłbym robić.
Myślę, że miałem strukturę, po prostu nie pasowała ona do festiwali. Robiłem dużo występów ulicznych typu „walking by” (z pudełkiem do wrzucania pieniędzy wystawionym przez cały czas trwania występu i bez budowania dużych tłumów). Nauczyło mnie to, że najpierw muszę zatrzymać ludzi, ale ponieważ mój pokaz był bardzo krótki, musiałem też zatrzymywać ich bardzo szybko, by móc powtarzać występ wiele razy.
W ten sposób wypracowałem swoje metody na bardzo szybkie zatrzymywanie tłumu. Szło dobrze, ale było to bardzo wymagające fizycznie, bo moja rutyna była trudna i musiałem ją robić 20–30 razy dziennie. Chciałem wydłużyć swój pokaz, ale nie wiedziałem, jak. Europejscy wykonawcy mówili mi, że muszę więcej mówić i żartować. Nie było to jednak coś, co lubiłem robić. W tamtym czasie nie było na świecie żadnego innego freestylera robiącego długie show, więc nie miałem skąd czerpać inspiracji.
Jeden z moich filmów stał się wiralem na Facebooku, a krajem, z którego pochodziło najwięcej wyświetleń, były Filipiny. Chciałem tam pojechać z tego powodu, a jeden z moich kolegów chciał odwiedzić Tajwan, bo słyszał, że może to być dobre miejsce do występowania.
Pojechaliśmy razem do obu tych miejsc w 2017 roku. Kiedy dotarłem na Tajwan, zobaczyłem, że tamtejsi artyści uliczni mają zupełnie inny sposób robienia pokazów. Znacznie bliższy stylowi, który lubiłem. Robili 15–20-minutowe pokazy. Bez mówienia, tylko zbieranie tłumu, budowanie energii i rutyna z mocnymi umiejętnościami. Na Tajwanie stworzyłem pokaz trwający około 15 minut.
ChéRebel, CHINNEN, Wu Haw Jong i Stefan podczas pokazu grupowego w Krotoszynie, zdjęcie: Joanna Dryjańska-Pluta.
Nauczyłeś się diabolo od naszego kolegi Wu Haw Jonga. Przy okazji, pozdrowienia dla niego! Dlaczego diabolo?
Kiedy zaczęła się pandemia COVID, byłem na Tajwanie. W tamtym czasie słyszeliśmy wiele plotek o tym, jak śmiertelny może być wirus, więc moja żona i ja zdecydowaliśmy się szybko wrócić do Rumunii, bo spodziewałem się, że utknę na Tajwanie.
Pierwszy rok pandemii był bardzo przygnębiający. Pamiętam, jak wojsko patrolowało ulice i musiałem wypełniać formularz tylko po to, by iść do sklepu. Nie wolno mi było chodzić do parku ćwiczyć, więc cały czas siedziałem w domu i grałem w gry wideo. Przytyłem wtedy około 10 kg.
Następnego lata, kiedy zakazy były mniej restrykcyjne, zacząłem znów występować. To były głównie dziwne pokazy, podczas których musiałem nosić maskę, wykonując wysiłek fizyczny, i organizować tłum tak, by każda osoba była metr od siebie. Policja mówiła mi, że to moja odpowiedzialność, by publiczność nosiła maski, mimo że prawo w tamtym czasie mówiło, że nie jest to konieczne na świeżym powietrzu. Mimo wszystko przynajmniej mogłem występować.
Lato minęło i wraz z jesienią przyszła druga duża fala COVID-u. Tym razem nie zamierzałem po prostu siedzieć w domu i nic nie robić jak za pierwszym razem. Nie chciałem, by ten czas stał się kilkoma straconymi miesiącami mojego życia. Kupiłem wielki metalowy sześcian, by zacząć ćwiczyć do nowego pokazu, ale wtedy jeden z moich znajomych powiedział mi: „Zainspirowałeś się Tajwanem, dlaczego nie spróbujesz nauczyć się diabolo zamiast sześcianu? Tajwańczycy to najlepsi performerzy diabolo na świecie. Wykorzystaj tę okazję”.
Zdałem sobie sprawę, że ma rację. Zamiast tego zacząłem więc ćwiczyć diabolo. Błyskawicznie to pokochałem. Moim zdaniem miało to wiele podobieństw do freestyle footballu. Najlepsze było jednak to, że w przeciwieństwie do freestyle’u, który jest bardzo wymagający fizycznie, diabolo takie nie było. Mogłem ćwiczyć przez wiele godzin naraz, dopóki się nie zmęczyłem.
Przez następne kilka miesięcy ćwiczyłem diabolo, ucząc się głównie z poradników na YouTube. Kiedy wrzuciłem swój pierwszy film na Instagramie, pamiętam, że jedna wiadomość była od Wu Haw Jonga. Był jednym z performerów, którzy naprawdę zmotywowali mnie swoimi pozytywnymi komentarzami i nastawieniem do kontynuowania diabolo.
Owszem, pomógł mi, dając rady, gdy go o to prosiłem, ale największą pomocą była jego pozytywna energia. Wiedział, jak sprawić, by początkujący chciał trenować jeszcze ciężej.
Wiem, miałam przyjemność się o tym przekonać! Wyjaśnia rzeczy z entuzjazmem i cierpliwością. Nie mogę się doczekać kolejnej lekcji od was obojga! Po naszych zajęciach poprosiłam o diabolo na urodziny. Wu Haw Jong pomógł mi je wybrać, więc jestem gotowa na kolejne warsztaty!
Jednym z najfajniejszych doświadczeń na festiwalu Busker Tour było to, jak po zakończeniu pokazów wszyscy razem bawiliśmy się i ćwiczyliśmy. Zdecydowanie chciałbym to powtórzyć. Jeszcze kilka Busker Tourów i Ty też będziesz występować!
Przy okazji, czysto hipotetycznie, gdybyśmy Ci powiedzieli, że od teraz musisz zostać artystką zamiast organizatorką, jaki pokaz byś wybrała? Jaki rekwizyt (jeden lub kilka) i dlaczego? Chcę wiedzieć, co byś chciała robić, ale też co byś wybrała, bo ma to sens ze względów technicznych, przyciąga większe tłumy lub pomaga w inny sposób. Powodzenia!
Muzyka zawsze była moją pasją numer jeden. Zawsze chciałam pisać teksty dla innych, ale nie występować. To marzenie, nad którego spełnieniem naprawdę chciałabym popracować.
W tym hipotetycznym scenariuszu, gdybym była artystką, śpiewałabym nad rzeką swoje smutne, autorskie piosenki i grała na gitarze dla jednej lub dwóch osób, do których by one trafiły. I pytałabym pijanych ludzi o ich historie i śpiewała dla nich improwizowane piosenki pełne komplementów.
Wszyscy mówią, że żonglerka jest łatwa, ale ja jakoś nie potrafię pojąć, jak to działa. Próbowałam wiele razy i za każdym razem czuję, że mój mózg nie ogarnia idei żonglowania trzema piłkami.
Nie byłoby też ognia, bo nie jestem fanką pokazów ognia. Uwzględniam je w programie tylko dla publiczności.
Lubię umiejętności techniczne. Pozdrowienia dla Sama Goodburna, bo jazda na monocyklu po linie to najbardziej zapadający w pamięć trik, jaki widziałam. Nie próbowałam tego (jeszcze!). Jak na razie nawet chodzenie po slacklinie 3 cm nad ziemią sprawia, że czuję lęk wysokości.
Próbowałam manipulacji sześcianem z Chien Hungiem i bardzo mi się podobało. I zawsze chciałam nauczyć się robić salto w tył!
W moim pokazie nie byłoby mówionych żartów ani klaunady.
Podsumowując, byłby to liryczny (w stylu azjatyckim) pokaz cyrkowo-muzyczny wykonywany w pięknej sukni.
Podobnie jak w teatrze muzycznym, teksty moich autorskich piosenek w tle prowadziłyby narrację. Byłaby też muzyka na żywo – improwizowane piosenki tworzone razem z widzami, wspólne nucenie i śpiewanie. Manipulacja sześcianem i salta w tył. Niektóre akrobacje zaczynałyby się na wysokich obiektach dostępnych na miejscu jak ławka czy stół.
Lubię efekt na zdjęciach, gdy coś znajduje się nad tłumem – albo wykonawca, albo rekwizyty, jak parasol w Twoim przypadku.
Jak to brzmi? Zdecydowanie zabookowałabym swój występ na mój festiwal!
Popisowy trick Stefana Florescu z parasolką. Zdjęcie: Joanna Dryjańska-Pluta.
Początki Stefana – „człowieka z parasolką”.
Kiedy czujesz się szczęśliwy, że inspirujesz nowych performerów, a kiedy czujesz, że ktoś „podkradł” Ci Twoje triki? Wiem, że był czas, kiedy właśnie tak się czułeś.
Gdy minął drugi rok pandemii, przygotowałem lepszy, 20-minutowy pokaz. Były tam triki piłkarskie i z diabolo, ale czułem, że brakuje mi finałowej części.
Następnego lata poznałem kolumbijskiego artystę na plaży w Konstancy w Rumunii. Wykonywał głównie pokazy na światłach dla pieszych. Oznacza to, że masz tylko około 30–40 sekund na zrobienie czegoś bardzo imponującego (1–2 triki), a potem musisz zebrać pieniądze od kierowców i opuścić drogę, zanim zapali się zielone światło.
Miał on bardzo imponującą sztuczkę, słynną w Kolumbii – kręcenie piłką do koszykówki na czubku parasola podczas żonglowania rękami.
Był dobry, ale nie wiedział, jak stworzyć właściwe show, bo pracował tylko na światłach. Pomogłem mu z tym i pod koniec sezonu letniego miał już przyzwoity pokaz. Był tak szczęśliwy, że chciał mi coś dać, więc podarował mi swój parasol i powiedział, że mogę go używać.
Zacząłem kręcić piłką na parasolu i po prostu go balansować. To był już imponujący trik. Jednak w kolejnym roku mieliśmy występować przed tą samą publicznością, a on robił to lepiej, więc nie czułem się komfortowo, wykonując ten sam trik. Dla niego był to tylko jeden z punktów programu, więc nie mogłem powiedzieć widowni, że to mój finałowy popis — bardzo trudno to przebić, skoro on robi to samo, tańcząc do samby, jakby to było dziecinnie proste.
Musiałem to ulepszyć i zrobić inaczej niż wszyscy. Próbowałem wielu rzeczy – od kręcenia większą liczbą piłek po rutyny z diabolo przy jednoczesnym balansowaniu parasolem. Nic nie było wystarczająco dobre. Każdej nocy, gdy występowaliśmy, i każdego dnia, gdy siedziałem w kawiarni, jedyną rzeczą w mojej głowie było to, jak uczynić ten trik moim własnym.
Pewnego dnia byłem w Decathlonie, szukając rzeczy, które mogłyby pomóc w pokazie, i moja żona zauważyła przenośny kosz do koszykówki. Zasugerowała, że mógłbym go użyć. W tamtym momencie to zobaczyłem. To był finał, którego zawsze szukałem.
Nauczyłem się tego triku dość szybko. Kilka dni później włączyłem go już do swojego pokazu. Nie chodziło tylko o mocny finał. W końcu przestałem czuć, że czegoś mi brakuje, i byłem zadowolony ze swojego pokazu. W ciągu następnych kilku lat więcej osób się o mnie dowiedziało i więcej wykonawców zaczęło mnie obserwować. Nie mówili już o „chłopaku od piłki” Stefanie, ale o „chłopaku z parasolem”.
Wiedziałem, że mam trik, który jest wartościowy, bo był widowiskowy i miał dobre zakończenie. Wykonawcy chcą mieć mocny finał, aby przyciągnąć większą publiczność. Wszyscy robią to za pomocą platformy, masztu lub czegoś, co sprawia, że jest się wysoko. To wymaga noszenia dużej ilości sprzętu. Znalazłem rozwiązanie. Mój parasol był wysoki, ale składany, a ponieważ zrobiłem go z włókna węglowego, waży mniej więcej tyle, co butelka coli. Spodziewałem się więc, że prędzej czy później inni wykonawcy skopiują ten pomysł.
Kiedy pierwszy raz zobaczyłem, że ktoś inny to robi, pomyślałem, że to zabawne. Jednocześnie czułem dumę. To był pierwszy raz, kiedy widziałem kogoś, kto wykonuje coś, co sam stworzyłem. Wkrótce zaczęło to jednak robić więcej osób. Myślę, że dotąd ponad dziesięciu performerów wykonało lub próbowało wykonać mój trik w swoim pokazie.
Odpowiadając na Twoje pytanie, teraz czuję się szczęśliwy, widząc, że inspiruję innych artystów. Jednocześnie uważam, że każdy powinien zrobić tak jak ja: znaleźć własny sposób na wykonanie tego, zamiast po prostu kraść trik.
Stefan Florescu podczas Busker Tour w Zielonej Górze, zdjęcie: Małgosia Węglarz.
Konkurencyjność napędza artystów do osiągania doskonałości.
Chociaż występujesz na ulicy od lat, jesteś całkiem nową postacią na scenie festiwalowej. Jaki jest tego powód?
Powodem, dla którego przez tak długi czas nie występowałem na festiwalach, było to, że do czasu pandemii mój pokaz był bardzo krótki, więc nawet o tym nie myślałem.
Później, gdy mój występ trwał już około 20–25 minut, chciałem spróbować, ale wszyscy powtarzali mi, że muszę mieć 45-minutowy program, aby móc jeździć na festiwale. To jedno przekonanie sprawiło, że wahałem się przez kolejne dwa lata.
Później dowiedziałem się, że to nie była prawda.
Większość festiwali preferuje pokazy trwające około 30 minut. Inne są elastyczne, a nawet w przypadku tych, które wymagają 45 minut, zazwyczaj wlicza się w to rozstawianie i składanie sprzętu.
Myślę, że wielu artystów występujących na festiwalach nie chce, aby inni do nich dołączyli, ponieważ widzą w nich konkurencję o miejsca w programie. To błędna mentalność, która sprawia, że ich „poziom” stoi w miejscu, zamiast rosnąć.
Wiem, że sztuka to nie zawody i wielu rzeczy nie da się porównać, ale lubię myśleć, że duch rywalizacji jest dobry.
Jeśli widzisz, że inni dostają więcej zaproszeń na festiwale niż Ty, spróbuj się udoskonalić, zmień detale i trenuj więcej. Tak się rozwijasz — nie poprzez utrudnianie życia innym.
I czytaj dokładnie regulaminy otwartych naborów oraz odpowiadaj na wszystkie pytania w formularzu zgłoszeniowym, ale o tym porozmawiamy później.
Stefan podczas wspólnego pokazu na Busker Tour 2025, zdjęcie: Joanna Dryjańska-Pluta.
Zła „gadka o kapeluszu” jest gorsza niż cisza.
Jakie wskazówki od innych wykonawców okazały się dla Ciebie mylące?
Poza tym, że pokaz musi trwać 45 minut, myślę, że inną mylącą radą, którą wielokrotnie słyszałem, jest to, że musisz dużo mówić o pieniądzach. Że musisz mieć tzw. hat line, tłumaczyć ludziom, że robisz to dla pieniędzy, mówić im, ile powinni dać i wywierać na nich presję, żeby zapłacili.
W Rumunii wcześniej nie było artystów ulicznych i kiedy pierwszy raz zobaczyłem buskerów robiących coś takiego, poczułem się niekomfortowo. Wielokrotnie widziałem ludzi, którzy nie chcieli podejść bliżej pokazu, szepcząc, że artysta będzie ich później prosił o pieniądze.
Rozumiem, że buskerzy żyją z pieniędzy od publiczności, ale jednocześnie pięknem występów ulicznych jest to, że są one dla każdego. A niektórzy buskerzy psują wizerunek całej społeczności, będąc zbyt nachalnymi.
Myślę, że w 2026 roku niewielu jest ludzi, którzy nie wiedzą, że artysta uliczny robi pokaz dla pieniędzy. Uważam, że dobra gadka o pieniądzach może pomóc. Jednocześnie zła tylko pogorszy sprawę w porównaniu do całkowitego milczenia. Widziałem niesamowitych wykonawców, sprawiających, że wszyscy płacili, nie wypowiadając przy tym ani słowa.
Celem powinno być sprawienie, by widz zapłacił i odszedł z uśmiechem, będąc zadowolonym, że to zrobił, zamiast żałować, że uległ presji.
Cieszę się, że poruszyłeś ten temat. Sposób, w jaki busker prosi o pieniądze, świadczy również o zrozumieniu lokalnej kultury (podobnie jak w niektórych krajach negocjuje się cenę wszędzie, a w innych jest to oznaką braku szacunku).
Proszę wykonawców o zdejmowanie na festiwalu tabliczek typu: „Jesteśmy artystami ulicznymi; musicie nam zapłacić”. Taki tabliczki kojarzą się w Polsce z żebractwem.
Kolejną rzeczą, która, na podstawie moich obserwacji reakcji tłumu, przynosi odwrotny skutek, są nagrane komunikaty audio.
Po festiwalu w 2024 roku, kiedy wiele osób korzystało z nagranych wiadomości przetłumaczonych (zazwyczaj kiepsko) na polski, otrzymałam e-mail od widza, który stwierdził, że brzmiały one natarczywie. Zgadzam się z nim. Byłam na pokazach, z których ludzie wychodzili po usłyszeniu komunikatów sugerujących, że nie powinni zostawać, jeśli nie stać ich na zapłatę. Ta osoba napisała coś, co najlepiej opisuje polską mentalność: „Ludzie daliby artystom więcej pieniędzy, gdyby nie czuli się do tego zmuszani”.
Na ulotkach piszę, że zgodnie z tradycją teatru ulicznego, publiczność może wyrazić uznanie, wrzucając pieniądze do kapeluszy. Cel jest ten sam, ale ton inny. Dajesz widzom wybór. Czy nie o to właśnie powinno chodzić w występowaniu na ulicy? Czy udostępnianie sztuki także osobom, których nie stać na bilety, nie jest tym, o czym połowa buskerów pisze na swoich stronach?
Może tekst: „Nie martwcie się, jeśli nie macie pieniędzy; doceniam to, że tu jesteście” to najlepsza kwestia na koniec? Tak jak mówiłeś, „hat lines” mogą być uprzejme. I świadczyć o klasie!
Daję buskerom, z którymi współpracuję, listę różnych zwrotów po polsku odpowiednich do pokazów ulicznych. Jestem pewna, że publiczność bardziej cieszy się z kilku słów w ich języku niż z długiego, nagranego wcześniej audio.
Buskerzy muszą również pamiętać, że żarty nie zawsze dają się przetłumaczyć. To, co brzmi dobrze w ich ojczystym języku, może brzmieć niegrzecznie, gdy zostanie przetłumaczone dosłownie. To samo dotyczy wartości pieniądza. Na przykład 200 zł to w Polsce dużo pieniędzy i buskerzy twierdzący, że taka powinna być wysokość napiwku, mogą sprawić, że ludzie poczują się nieswojo.
Tak, zgadzam się z Tobą. Naprawdę nie lubię, gdy buskerzy wywierają na publiczności zbyt dużą presję co do tego, ile powinni zapłacić. Może u niektórych to działa, ale to nie jest jedyny sposób. I nie sądzę też, żeby był najlepszy.
Dla mnie najlepszym sposobem na to, by ludzie płacili więcej, jest sprawienie, by dobrze się czuli podczas pokazu. Jeśli naprawdę im się podoba i są szczerzy, zapłacą. I zrobią to z przyjemnością.
Oczywiście zawsze znajdą się osoby, które z jakiegoś powodu nie będą chciały zapłacić. Jeśli skupisz się na nich zbyt mocno, możesz po prostu poirytować tych, którzy już byli gotowi Cię wesprzeć, a nawet sprawić, że zmienią zdanie.
Myślę, że nastawienie ma ogromne znaczenie. Jeśli zaczynasz pokaz z myślą: „Ci ludzie nie zapłacą”, tę energię da się wyczuć.
Zamiast skupiać się na tym, jak widownia uszczęśliwi cię pieniędzmi, pomyśl o tym, jak ty możesz ich uszczęśliwić swoim występem. To oczywiste, że kiedy ludzie dobrze się czują, wrzucają artystom ulicznym pieniądze.
Busker Tour, Zielona Góra
To świetna rada dla buskerów! Jaka jest najlepsza wskazówka, jaką kiedykolwiek Ty otrzymałeś?
Myślę, że najlepsza rada, jaką kiedykolwiek otrzymałem, nie jest związana z występami, ale z tym, jak postrzegamy życie.
Nie marnuj czasu, gdy jesteś młody, wyłącznie na oszczędzanie pieniędzy na starość, kiedy nie będziesz już miał siły robić tego, o czym marzysz teraz.
Myślę, że jest to teraz bardzo ważna część mojej wizji tego, jak planuję swoje życie. Oczywiście powinniśmy brać pod uwagę to, by być stabilnymi finansowo na starość, aby mieć spokojną emeryturę. Jednak kiedy będziemy starsi, nie zawsze będziemy zdrowi. Nie będziemy mieć tej samej energii co teraz. Dlatego powinniśmy robić to, co lubimy, już teraz.
Stefan Florescu i trick z piłką na festiwalu Busker Tour foto Joanna Dryjańska-Pluta
Niedawno udostępniłeś na Instagramie grafikę z napisem „Hej festiwale, musicie mi płacić”, która – co nie jest zaskoczeniem – stała się wiralem. Rozmawialiśmy o tym, więc wiem, że było Twoim celem rozpoczęcie kampanii pod hasłem „wykończmy festiwale buskerskie”. Wyjaśnijmy to wszystkim!
Kiedy zaczynałem występować, wielu organizatorów wydarzeń w moim rodzinnym mieście mówiło mi, że powinienem występować za darmo, bo oferują mi promocję. Potem, kiedy zacząłem występować na ulicy poza swoim miastem, te propozycje wcale się nie zmieniły.
Wszyscy zawsze próbowali to przedstawić tak, jakby wyświadczali mi przysługę, pozwalając mi pracować dla nich za darmo. Nigdy się na to nie godziłem. Teraz gdy zacząłem zgłaszać się na festiwale, znów dostaję wiele takich ofert. Niektórzy wręcz proszą, bym sam zapłacił za transport i hotel, podczas gdy ja nie mogę zbierać pieniędzy od publiczności. Mówią, że to świetna okazja, by zostać zauważonym. W tym samym czasie sprzedają bilety, gadżety i mają kontrakty sponsorskie. Nigdy nie zaakceptowałem czegoś takiego.
Wiem, że zawsze znajdą się artyści na początku swojej drogi, którzy mają nadzieję, że takie oferty im pomogą, a mogą zostać przez nie oszukani. Prawda jest taka, że jeśli sam siebie nie cenisz, nikt inny tego nie zrobi.
Opublikowałem tę grafikę, ponieważ teraz, gdy zaczyna się nowy sezon zgłoszeń, chciałem przypomnieć o tym nowym performerom.
Nigdy nie byłem przeciwny festiwalom ulicznym. Sam biorę udział w wielu z nich. Na festiwalu Busker Tour i innych tego typu masz zapewnione zakwaterowanie, wyżywienie, zwrot kosztów transportu, a czasem wynagrodzenie. Ideą festiwali ulicznych jest to, że płaci Ci bezpośrednio publiczność. Widzowie wiedzą, że przychodząc tam, chętniej zapłacą niż podczas zwykłego pokazu na ulicy. Ostatecznie otrzymujesz zapłatę za swoją pracę.
Na niektórych festiwalach można zarobić więcej, na innych mniej. Na niektórych zyskujesz większą rozpoznawalność, nawiązujesz przyjaźnie i czegoś się uczysz. Jednak jednocześnie nie robisz tego za darmo.
Stefan Florescu, Busker Tour. Foto: Joanna Dryjańska-Pluta
Otwarte nabory, e-maile i listy – proces aplikacji na festiwale z różnych perspektyw.
Jakie są Twoje dotychczasowe doświadczenia z festiwalami? Co Ci dały, a czego w nich nie lubisz?
Uwielbiam występować na festiwalach. Po długim czasie występowania wyłącznie na ulicy czuję się na festiwalach jak na pokazie ulicznym w trybie „Easy Mode”. Czuję się bardziej doceniony. Wiem, że artyści, którzy nigdy nie występowali na ulicy poza festiwalami, nie zgodziliby się ze mną.
Nie mogę powiedzieć, że nie lubię festiwali. Chodzi raczej o to, że nie lubię procesu dostawania się na nie. Myślę, że czasami przypomina to zamknięty krąg, do którego trudno dołączyć osobom z zewnątrz. Uważam, że system zgłoszeń ma wady; niektórzy starają się trzymać festiwale w tajemnicy, podczas gdy inni festiwale przyjmują tylko osoby, które widzieli na żywo lub polegają bardziej na rekomendacjach niż na zgłoszeniach. Wolą postawić na coś poprawnego, co na pewno zadziała, niż ryzykować z nowymi artystami, którzy mogą być niesamowici, ale mogą też okazać się słabi. Rozumiem punkt widzenia festiwali.
Gdyby ten obieg trwał cały rok, to działałoby. W pewnym momencie zostajesz zauważony i zaczynasz pojawiać się na coraz większej liczbie festiwali. Problem polega na tym, że to tylko kilka miesięcy w roku, a gdy po zakończeniu sezonu zgłoszeń nie masz żadnych potwierdzonych festiwali, musisz czekać kolejny rok na nową szansę.Niektórzy wykonawcy czekają wiele lat, zanim ich kariera nabierze tempa.
Tak jest tutaj, w Europie, ale w Kanadzie jest jeszcze trudniej. Większość festiwali po prostu powtarza tych samych wykonawców co dwa lub trzy lata i dostanie się tam osób z zewnątrz, jest niemal niemożliwe.
Wiem, że niektóre rzeczy są trudne do rozwiązania.
Musimy robić więcej dla nowych wykonawców. Przykładem jest sposób, w jaki publikujesz wskazówki dla artystów na swojej stronie Busker.pl (jak przygotować materiały promocyjne, zgłoszenie itp.). Potrzebujemy więcej takich rzeczy.
Potrzebujemy poradników, czegoś w stylu tego, co „the fire ninja” udostępnił na YouTube o tym, jak być wykonawcą festiwalowym.
Powinny istnieć publiczne listy wszystkich festiwali, aby nawet nowi wykonawcy mogli się zgłaszać. Powinny być one łatwe do znalezienia i darmowe. Wiem, że niektórzy artyści, którzy występują już na wielu festiwalach, woleliby, żeby tak nie było. To znowu jest błędne podejście.
Dziękuję. Cieszę się, że ktoś sprawdza moje artykuły! Myślę, że nasza rozmowa również jest pełna wskazówek!
Nie zgadzam się co do listy. W przeszłości przeszło mi przez myśl, żeby taką opublikować, ale zdałam sobie sprawę, że nie jest to dobre ani dla buskerów, ani dla festiwali. Widzę to w swojej skrzynce. Wielu artystów znajduje mój e-mail w sieci, kopiuje go z list na forach lub dostaje od kogoś, ale nie sprawdzają tego, co napisałam na mojej stronie. Aplikują lub wysyłają mi wiele e-maili, mimo że nie mają pojęcia, na co się zgłaszają, i pomimo moich informacji na stronie, że biorę pod uwagę tylko zgłoszenia przesłane przez formularz online po ogłoszeniu naboru dla buskerów.
Wkładam dużo serca w pracę nad programem. Daję buskerom szansę na debiut na festiwalu i wolę otrzymać kilka zgłoszeń od ludzi, którzy są wdzięczni i będą czerpać radość z tego doświadczenia, niż dostawać masowe e-maile zaczynające się od „Droga organizatorko”, i zdaniami typu „Będę idealnie pasować do Twojego festiwalu”, nawet gdy nie wiedzą, co to za festiwal. Wiem, że nie każdy będzie zadowolony na Busker Tourze. Niektórzy mogą mieć oczekiwania, których nie jestem w stanie spełnić.
Co roku muszę mierzyć się z rezygnacjami wykonawców, którzy potwierdzili swój udział, ale traktowali go jako plan awaryjny na wypadek, gdyby nie znaleźli niczego innego. To nie jest sprawiedliwe i a propos publicznych list – to właśnie taka powinna powstać!
Poruszyłeś tutaj innym temat. Bycie kuratorem to zawód, ale wiele firm, gmin czy organizacji pozarządowych, które chcą organizować festiwale, o tym nie myśli. Wiele osób odpowiedzialnych za program nie jest prawdziwymi kuratorami, jeśli ich „selekcja artystów” polega raczej na kopiowaniu programów innych festiwali.
Jeśli nie chcą ryzykować zaproszenia buskerów nieznanych w świecie festiwalowym, to tacy artyści i tak zostaną odrzuceni.
Zarówno festiwale, jak i buskerzy powinni włożyć w swoje zadania trochę wysiłku.
Organizatorzy powinni promować swoje festiwale, aby docierały one do wykonawców, i powinni być uczciwi w kwestii tego, kogo szukają. Jeśli chcą zapraszać tylko artystów z doświadczeniem festiwalowym lub wybierać tylko tych, których znają, mają do tego prawo. Być może kopiują własne poprzednie programy lub programy innych festiwali. Jeśli jednak mimo to ogłaszają otwarty nabór, to jaki jest prawdziwy powód zachęcania artystów do zgłaszania?
Buskerzy również mogą zrobić rozeznanie, aby wybrać festiwale, które współgrają z ich postawą i oczekiwaniami.
Wykonawcy często wysyłają setki przypadkowych e-maili, które są traktowane jako spam, jeśli festiwale przyjmują zgłoszenia w określonym czasie i formie. Następnie narzekają, że nie otrzymali odpowiedzi. Zaoszczędziliby czas nie dzięki kopiowaniu e-maili, ale dowiadując się czegoś o festiwalu i przedstawiając swoją ofertę wtedy, gdy ktoś jest zainteresowany zapoznaniem się z nią. Jeśli festiwale udostępniają swoje warunki, to dlaczego artyści, którym one nie odpowiadają, mimo to aplikują?
Chodziło mi o to, że naprawdę trudno jest znaleźć te wszystkie festiwale. Rozumiem, że wykonawcy powinni zrobić rozeznanie przed wysłaniem zgłoszenia, zamiast po prostu kopiować i wklejać e-maile, nie wiedząc nawet, dokąd wysyłają oferty.
Rozumiem, ale, Stefanie, oboje wiemy, że większość z nich tego nie zrobi. Czy myślisz, że moja informacja na stronie: „Pamiętaj, proszę, że nie odpowiadamy ani nie bierzemy pod uwagę ofert wysyłanych e-mailem lub przez media społecznościowe. Co roku, w okolicach lutego i marca, ogłaszamy otwarty nabór ii sprawdzamy tylko zgłoszenia przesłane za pośrednictwem naszego formularza online” powstrzymuje wszystkich przed wysyłaniem wiadomości prywatnych i e-maili?
Nie ma jednego rozwiązania, które by zadziałało, bez względu na to, ile pomysłów tu zaproponujemy. Różne rzeczy sprawdzą się w przypadku różnych festiwali i wykonawców, ale właśnie dlatego wspomniałam o tej uczciwości i transparentności.
Nie każdy festiwal to zlecenie, które wykonawcy biorą ze względu na najwyższe stawki. Nie każdy festiwal uliczny chce buskerów lub ma misję promowania artystów ulicznych czy odkrywania nowych talentów.
Jeśli nie słyszałeś o konkretnych festiwalach, oznacza to, że nie wykonują one swojej pracy nad budowaniem marki i reputacji.
Kiedy widzę festiwale, które kopiują moje opisy i używają ich u siebie jako swoich – oni nie mają pojęcia, co i dlaczego organizują. Nie rozumieli większości tematów, o których teraz rozmawiamy.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której powinniśmy wspomnieć. Jeśli organizator nazywa wydarzenie festiwalem dla buskerów, ale w programie jest dosłownie zero buskerów, albo gdy wykonawcy, którzy nie są buskerami, kłamią w zgłoszeniach, że nimi są, tylko po to, by się dostać – wtedy dla mnie obie strony nie są uczciwe.
Wiem, że starannie wybierasz, kogo zapraszasz na Busker Toura.
Szczerze wierzę, że wiele festiwali nie czyta zgłoszeń i w najlepszym razie tylko rzuci okiem na wideo.
Niektóre z nich po prostu biorą wykonawców, którzy wcześniej byli na Busker Tourze. Zauważyłem ten schemat u takich artystów jak Chien Hung, Gaku, Cesco, a nawet u mnie w tym roku.
Ale jak myślisz, jakie jest rozwiązanie, jeśli jesteś artystą i aplikujesz na festiwal, który otrzymuje 1000 zgłoszeń? Oczywiście, na podstawie jednominutowego filmu nie mogą wiedzieć, czy jesteś dobry, czy nie. Wielu wykonawców wygląda niesamowicie w swoich materiałach promocyjnych, a potem nie dają rady, gdy już pojawią się na festiwalach.
Przede wszystkim dziękuję Ci za zauważenie mojej pracy i podzielenie się swoją opinią. Jak dotąd Chien Hung był jedną z niewielu osób, które mi za to podziękowały.
Głównym powodem, dla którego nie wybieram danego zgłoszenia, jest brak odpowiedzi na pytania w formularzu oraz to, że nie dostarczają innego wideo niż mocno zmontowany krótki film promocyjny.
Czasami ludzie narzekają, że tekst w moim Open Callu (ogłoszeniu) jest zbyt długi. Jest długi, ponieważ odpowiedziałam w nim na wszystkie pytania, jakie ktokolwiek mi zadał lub mógłby zadać.
Szczerze doceniam wszystkie Twoje wskazówki oraz fakt, że podajesz jasne informacje o tym, czego szukasz u artystów. Aktywnie staram się zrozumieć, czego szukają organizatorzy, kiedy bookują artystów. Myślę, że w większości przypadków nie jest to tak jasne, jak w Twoim przypadku.
Nie mam pojęcia, jak inni wybierają pokazy do swoich programów, ponieważ na ich stronach festiwalowych zazwyczaj nie ma o tym zbyt wielu informacji.
Przeprowadziłam tak duży research, jak buskerzy, aby zrozumieć, jak działają inne festiwale.
Może kluczem jest właśnie brak tych informacji, a także fakt, że wykonawcy często ich nie czytają, nawet jeśli są dostępne?
Może bookerzy nie zapraszają osób, których nie widzieli na żywo? Może jeżdżą na wiele festiwali i wtedy podejmują decyzję? Albo, w mniej przyjemnym scenariuszu, kopiują programy innych festiwali. We wszystkich tych przypadkach marnowałbyś czas na wysyłanie im oferty, jeśli nie informują o tym na swojej stronie.
Twoja lista sprawiłaby, że więcej festiwali otrzymywałoby setki zgłoszeń, więc nie pomogłoby to „nieznanym” wykonawcom w byciu zapraszanym.
Proszę, nie dodawaj mojego e-maila, jeśli ją stworzysz!
Pamiętam, że otrzymałam ofertę od jednej strony internetowej, aby zostać dodaną do takiej listy. Dla mnie było to bezpłatne, ale buskerzy mieli płacić. Smutno mi się zrobiło, że ktoś miałby płacić za zdobycie mojego adresu e-mail (tylko po to, by wysyłać mi oferty, których bym nie rozważyła). Więc jedyną stroną, która by na tym skorzystała, byłaby ta strona, pobierająca od wykonawców opłaty za dostęp do adresów e-mail i składająca puste obietnice, że jest to inwestycja w zdobycie większej liczby zleceń.
Swoją drogą, to chwalenie się liczbą zgłoszeń wygląda czasem tak, jakby był to sposób na mierzenie jakości festiwalu lub gra w to, kto rzuci większą liczbą.
Linz zaprasza mnóstwo artystów i jest sławny, więc większość wykonawców się tam zgłasza. Festiwal, który zaprasza tylko dziesięciu wykonawców, nie potrzebuje pięciuset zgłoszeń. Jak oni wybierają, kto się dostanie? Robią loterię?
Nie wiem, czy oni naprawdę otrzymują taką liczbę zgłoszeń, czy wierzą, że będą wyglądać na bardziej odnoszących sukcesy, jeśli zgłosi się do nich 1000 artystów. Na przykład Linz, Zeitenwanderer i kilka innych festiwali – widzę, że wysyłają wiele przypomnień. Wygląda więc na to, że zależy im na dużej liczbie zgłoszeń
Te liczby mogą być realistyczne, choć w przypadku wielu festiwali trudno w to uwierzyć, patrząc na to, jak podobne są ich programy. To niemożliwe, aby wśród tych 500, 600 czy jakiejś innej liczby popularnej w tym roku nie było żadnych nowych artystów z dobrymi zgłoszeniami.
Myślę, że mam około 700 adresów e-mail zapisanych w aplikacji mailingowej, a zapisuję tylko dane kontaktowe wykonawców, którzy zgłosili się przez formularz i wyrazili na to zgodę. Nie obejmuje to adresów e-mail osób, które przesyłają mi oferty mailowo (a robi to więcej osób niż faktycznie wysyła zgłoszenia). Nie wiem, ilu z nich nadal występuje.
Busker Tour nie jest festiwalem, na który zgłaszają się wszyscy. Te znane z dobrych pieniędzy z kapelusza prawdopodobnie mają znacznie większe listy, jeśli je aktualizują. Kiedy festiwale wysyłają newslettery, zakładam, że większość osób zgłasza się, choćby tylko po to, by sprawdzić, czy mogą zostać zaproszeni. Jakby to była gra.
Czasami, gdy artyści mówią: „o, znowu mnie odrzucili” lub gdy próbują „zmusić” festiwale do zaproszenia ich, myślę, że nie zdają sobie sprawy, że nie są jedynymi, którzy tak robią.
Masowe newslettery (czyli do każdego kontaktu) u mnie się nie sprawdzają. Powodują jedynie to, że mam o wiele więcej osób, którym muszę powiedzieć „nie”. I mam na myśli więcej osób, którym muszę odmówić, a o których wiem, że mają pokazy, które chciałabym zobaczyć. Ale także tych, których nie uwzględniłam w programie wcześniej, ponieważ nie spodobały mi się ich zgłoszenia, lub na przykład miałam z nimi nieprzyjemne doświadczenia, albo dali mi jasno do zrozumienia, że nie podobała im się współpraca ze mną. Dlaczego miałabym zachęcać wszystkich z tej drugiej grupy do ponownego zgłaszania się, skoro już wiem, że ich nie zaproszę?
Kiedy promuję otwarty nabór, na przykład w mediach społecznościowych, większość osób, do których docieram, obserwuje mnie, więc istnieje szansa, przynajmniej niewielka, że mają pojęcie o moich festiwalach.
W moim przypadku sprawdza się mniej zgłoszeń, ale od ludzi, którzy sprawiają, że wierzę, iż do siebie pasujemy. Jak w każdej innej pracy – ponieważ to, co robię, co zamieszczam na stronie i jak pracuję, rezonuje z nimi, a to, kim są i co robią, jest czymś, co ja podziwiam. Ostatecznie nie zawsze to wychodzi, ale często dzieje się tak dlatego, że ich oczekiwania okazują się nierealne (na przykład wymagają budżetu, którego nie mam). Prawdopodobnie nie mieliby tych oczekiwań, gdyby przeczytali wszystko w ogłoszeniu o naborze.
Daję też przykład mojego naboru zgłoszeń, ale ogłaszam go tylko dla niektórych etapów festiwalu Busker Tour. Do pozostałych wybieram głównie osoby, które widziałam, których występy mi się podobały, które uważam za rzetelnych wykonawców, które są miłymi ludźmi, oraz za które mogę ręczyć (również finansowo!), bo tego oczekują ode mnie osoby, które mnie zatrudniają. Nie mogę tam ryzykować odwołania występów. Muszę mieć do nich zaufanie. To także okazja dla mnie do ponownego spotkania z artystami, z którymi chciałabym znów pracować. Jeśli jest to płatne zlecenie, nie chcę pracować z wykonawcami, którzy reklamują się jako „profesjonaliści”, a potem mówią mi: „Jestem artystą ulicznym, nie obchodzą mnie faktury i inne formalności”
To zabawne, że otworzyłaś ten temat.
Jak myślisz, ile faktur jest robionych w ChatGPT?
Kiedy zaczynałem jeździć na festiwale, napotkałem ten „problem”. Nie miałem firmy, ponieważ skupiałem się bardziej na tym, by występować na ulicy. W Rumunii bardzo trudno jest zarejestrować się jako wykonawca. Pytałem innych artystów, jak rozwiązują ten problem i jak wystawiają faktury. Za każdym razem miałem wrażenie, że próbują unikać rozmowy na ten temat. Jakby to był drażliwy temat. Bez żadnych wskazówek.
W końcu udało mi się zarejestrować firmę. To nie było łatwe. Wiązało się to z ogromną biurokracją i rzeczami, których nie lubię robić. Zrozumiałem jednak, że muszę to wszystko przejść, jeśli chcę rozwijać się jako artysta i brać udział w festiwalach. I po tym całym trudzie, zgadnij, co? Zobaczyłem, że wielu artystów biorących udział w festiwalach nie wystawia poprawnych faktur. Wielokrotnie słyszałem teksty typu: „Ich to nie obchodzi. Potrzebują tylko dowodu, że nam zapłacili” oraz „W twoim kraju tego nie sprawdzają”.
Zauważyłem, że niektórzy wykonawcy myślą, że faktury są po prostu plikami, które można stworzyć w ChatGPT, a których jedynym celem jest śledzenie płatności i wydatków. Jak odręczny list potwierdzający, że otrzymało się zapłatę od festiwalu.
Za każdym razem, gdy wystawiam fakturę, muszę zapłacić podatki w Rumunii i zgłosić to do urzędu. Wszystko byłoby o wiele łatwiejsze, gdybym po prostu poprosił ChatGPT o stworzenie faktury. Uważam jednak, że to nie tylko niewłaściwa droga, ale mam wrażenie, że jest to wręcz nielegalne i może stworzyć problemy zarówno artyście, jak i festiwalowi.
Czy możesz mi powiedzieć, jaka jest Twoja opinia jako organizatora na ten temat?
Mówisz o rzeczach, które są niezgodne z prawem, więc nie muszę nic dodawać.
Organizowanie festiwalu jest bardzo stresujące i wiąże się z martwieniem się o to, czy wszystkie dokumenty są poprawne, wszędzie podpisane i tak dalej. Konieczność ciągłego wyjaśniania wykonawcom, że wszystko wymaga wielu formalności, jest jednym z powodów, dla których wiele festiwali ogranicza się tylko do zwrotu kosztów podróży, nie oferując honorariów.
W niektórych krajach sytuacja jest prostsza, w innych bardziej skomplikowana. Każdy, kto chce pracować na arenie międzynarodowej, musi to zrozumieć, współpracować z drugą stroną i dostarczać wszystkie niezbędne i oczywiście ważne dokumenty na czas. Jeśli ktoś mówi Ci: „Potrzebuję tego i tego”, to nie dlatego, że dobrze się bawi albo próbuje utrudnić Ci życie. Niezależnie od tego, czy jest to honorarium, czy zwrot kosztów podróży – potrzebujemy podstawy prawnej uznawanej w naszych krajach, aby móc przekazać Ci pieniądze.
Często słyszę od wykonawców, że są „profesjonalnymi artystami”, w przeciwieństwie do „przeciętnych buskerów”. Nie rozumiem, co ma tutaj oznaczać słowo „profesjonalny”, ale dla mnie byłaby to właśnie Twoja ścieżka – zrozumienie, że wymaga to formalnego podejścia. Ponownie dodam — tak jak w każdej innej pracy.
Freestyle football trick w wykonaniu Stefana. Foto: Joanna Dryjańska-Pluta
Widzimy sukcesy innych osób, a nie proces, który do nich doprowadził.
Wspominaliśmy wcześniej o Wu Haw Jongu. Kiedy ogłosiłem go w programie festiwalu Busker Tour, wysłałeś mi wiadomość: „To skromny facet, nie zawiedziesz się”. Szczerze mówiąc, mogę wymienić tylko kilka osób, które kiedykolwiek wysłały taką wiadomość (i prawdopodobnie z wszystkimi z nich przeprowadziłam wywiady na tej stronie). Przeważnie słyszę: „Dlaczego wzięłaś tego wykonawcę, a nie mnie?” albo „Jak mogę się zgłosić?”
Myślę, że tego typu wiadomość – „Dlaczego on, a nie ja?” – wynika z ograniczonego sposobu myślenia.
Łatwiej jest kwestionować czyjś sukces, niż kwestionować własny rozwój. Ponieważ bezpieczniej jest ściągać innych w dół, zamiast spojrzeć w lustro.
Kiedy widzimy, że inni wykonawcy odnoszą sukcesy, automatycznie się porównujemy. W naszych głowach znamy swoje poświęcenia, ciężką pracę i intencje. Jednak nie znamy ich. Widzimy tylko ich sukces, a nie ich proces, więc łatwiej jest wierzyć, że zasługujemy na to bardziej.
Sam też czasami patrzę na inne festiwale i myślę, że zasługuję na to, by tam być. Staram się jednak pamiętać, że każdy artysta ma własną drogę, której nie znam w pełni.
Każdy organizator ma powody, których nie do końca rozumiem, wybierając innego artystę zamiast mnie. Jeśli ktoś zostaje zabookowany, zamiast pytać „Dlaczego nie ja?”, myślę, że lepiej zapytać „Co mogę zrobić, aby się poprawić?”.
Jeśli wspieramy się nawzajem, stajemy się silniejsi. Wolałbym kogoś docenić za to, że jest dobry, niż próbować go osłabić. Jest przestrzeń na rozwój dla każdego. Świat jest wielki i jest wystarczająco dużo okazji dla nas wszystkich, by występować i zostać zauważonym. Jednak to jednak czasu..
Mam nadzieję, że to jedna z odpowiedzi, które ludzie zapamiętają z naszej rozmowy!
Niewiele osób myśli o tym, jak takie komentarze wpływają na drugą stronę. Kiedy publikuję rolki, promuję festiwale, które prowadzę, oraz buskerów, ale nie każdy post jest zaproszeniem do wysyłania ofert. Czasami myślę o tym, jak miło byłoby, gdyby ludzie dzielili się w komentarzach miłymi wspomnieniami z festiwali albo podziwiali umiejętności buskerów. Kiedy jedyną reakcją jest „o, czas wysłać jej ofertę”, to zabija moją radość. Cieszę się, że są wykonawcy, którzy chcą przyjechać na festiwale, które programuję, ale nie chcę, aby moje życie polegało na czytaniu ofert każdego dnia.
To tak, jakby dla wielu moich obserwatorów w mediach społecznościowych wszystko kręciło się wokół sprzedawania swoich występów.
Myślę, że niektórzy widzą nazwę Busker.pl i nie sądzą, że rozmawiają z prawdziwą osobą. Traktują to, jak stronę festiwalu i uważają, że wszystko, co mówią, musi być związane ze zgłoszeniami. Widzę, że stale wrzucasz na Instagram posty o tym, że to nie jest czas na zgłoszenia. „Proszę, nie wysyłajcie mi ofert!”. Czy to działa?
Nie! A w bio jest moje imię. A nawet dwa nazwiska, bo mam niską tolerancję na to gdy ludzie kaleczą moje polskie imię! Może powinnam dodać je do nazwy użytkownika, ale nie sądzę, żeby to cokolwiek zmieniło. W końcu ludzie i tak wysyłają mi oferty przez moje prywatne profile. Czasami odpowiadam, że ja też jestem człowiekiem, a nie tylko „agencją”, „organizatorem” czy „festiwalem”.
Jak odróżniasz przyjaciela od kontaktu biznesowego?
Każdy jest twoim „przyjacielem”, kiedy ogłaszasz otwarty nabór dla artystów. Prawda jest taka, że trudno to wyczuć. Prawdziwa przyjaźń nawiązuje się po wspólnych przeżyciach.
Jednym z filtrów, który pokazuje mi, kto jest moim przyjacielem, jest sytuacja, w której dana osoba sobie ze mnie żartuje. Ludzie, z którymi łączą mnie relacje biznesowe, nie czują się na tyle pewnie, by to robić.
Stefan Florescu na festiwalu Busking Balkans, Wlora Albania, foto Małgosia
Co ma wspólnego ślub z wiralowym filmem?
Twój film był drugim najczęściej oglądanym filmem na Facebooku w 2016 roku. Czy to, że był tak popularny, zmieniło coś w Twoim życiu?
Na przestrzeni lat stawałem się wiralem w taki czy inny sposób kilka razy.
Po raz pierwszy, gdy byłem w finale rumuńskiego Mam Talent. To był pierwszy sezon w historii Rumunii, a ja byłem wtedy w swoim kraju kimś w rodzaju gwiazdy K-popu. Doszło do momentu, w którym nie mogłem wyjść z domu i prowadzić normalnego życia, bo każdy chciał zdjęcia. Stopniowo to wygasło i z biegiem lat ludzie o mnie zapomnieli. Jednak nie byłem już tym samym dzieciakiem.
Historia mojego wiralowego filmu jest szalona. Kiedy występowałem na ulicy na rumuńskim wybrzeżu, podeszła do mnie pewna kobieta i powiedziała: „Jutro przyjdę cię nagrać i wrzucę to na mojego Facebooka, żeby wszyscy cię zobaczyli”. Powiedziałem: „Wow, dziękuję!”, ale w myślach mówiłem sobie: „Taa… bla bla… nieważne”. Szczerze mówiąc, nikt by sobie nic po tym nie obiecywał.
Ale ta kobieta przyszła i nagrała mój występ. Pionowe wideo, słabej jakości, które wrzuciła na swoje konto na Facebooku, gdzie miała 84 znajomych. Jakby jakimś cudem potrafiła przewidzieć przyszłość, ten film zdobył około 100 000 wyświetleń na jej zwykłym koncie. Potem jedna grupa udostępniła to wideo i zdobyła milion wyświetleń. Potem inna strona udostępniła ten film i zdobyła 10 milionów. Coś w tym filmie było bardzo dziwnego. Ludzie reagowali na pewne rzeczy, inne im się podobały, co sprawiało, że oglądali go wielokrotnie i komentowali. Jakimś cudem ten film miał przepis na to, by stać się wiralem.
Potem inna strona, mająca zaledwie 500 polubień, opublikowała go i zdobyła ponad 250 milionów wyświetleń. A kolejna 160 milionów. W pewnym momencie przestałem liczyć. Łącznie było ponad 500 milionów wyświetleń i dziesiątki tysięcy wiadomości (prawie 10 lat później wciąż nie skończyłem czytać wielu z nich).
Zarobiłem z tego trochę pieniędzy, pojawiły się okazje do występów. Niewiele jednak, bo nie byłem gotowy. Mój program nie był wtedy wystarczająco duży, by zasługiwał na jeżdżenie z nim po całym świecie.
Ale najlepszą rzeczą, jaka mi się przydarzyła po tym, jak mój film stał się wiralem, jest to, że jedną z osób, które do mnie napisały, była Aisa, która jest teraz moją żoną.
Wygląda na to, że ta kobieta zmieniła Twoje życie! Czy miałeś szansę z nią ponownie porozmawiać?
Utrzymywałem z nią kontakt przez jakiś czas. Miała dziecko w moim wieku i rozmawiała ze mną prawie tak, jakbym był jej drugim synem. Kiedy film stał się wiralem, skontaktowało się ze mną LADBible – chcieli zapłacić za moje prawa autorskie, aby sprzedać wideo wielu klientom. Wtedy jednak zdałem sobie sprawę, że te prawa nie należą do mnie. Dowiedziałem się, że prawo jest bardzo nieintuicyjne.
Ciekawostka: czy wiedziałaś, że właścicielem praw autorskich jest osoba, która trzyma kamerę?
Na przykład, jeśli dasz mi swój telefon, żebym cię nagrał, a ja to zrobię, to prawnie ja jestem właścicielem praw autorskich, mimo że to Twój telefon, Ty jesteś na filmie i to był Twój pomysł.
Wracając do historii: LADBible poprosiło mnie o kontakt z tą kobietą i podpisanie umowy, w której dobrowolnie przekazuje mi prawa autorskie, abym mógł otrzymać zapłatę za film.
Bardzo się tym krępowałem, ale ona się nie wahała. Zrobiła to, bo naprawdę chciała, żebym stał się znany. Nie chciała nic na tym zarobić. Pamiętam, że kilka lat później przyjechała nad morze i znów mnie pozdrowiła. Niestety z czasem straciłem z nią kontakt, ale nigdy nie zapomnę tego, co zrobiła dla mnie obca osoba, co zmieniło moje życie.
Tak, wiem, że bycie na filmie lub zdjęciu nie oznacza, że posiadasz do niego prawa i możesz z nim robić, co chcesz. Nikt nie mógłby jednak sprzedać filmu z tobą, na przykład do reklamy produktu, ponieważ potrzebowałby Twojej zgody na wykorzystanie wizerunku. Dlatego festiwal potrzebuje w umowie z artystami klauzuli stwierdzającej, że może wykorzystywać zdjęcia zrobione im podczas festiwalu do promocji przyszłych edycji i tak dalej.
To także dobre miejsce, by przypomnieć wykonawcom o tym, co zaznaczyłem w moim artykule o zdjęciach: nie, nie możesz po prostu zapisać zdjęcia, które ktoś ci zrobił, i używać go jako swojego zdjęcia promocyjnego tylko dlatego, że na nim jesteś. To nie jest twoje zdjęcie. Zatrudnij fotografa lub kamerzystę i uzyskaj formalną licencję, lub pełne prawa autorskie, zanim wyślesz coś jako materiały promocyjne do festiwali. Organizatorzy nie mogą używać kradzionych zdjęć i nieświadomie naruszać przez ciebie praw autorskich.
Busker Tour 2025, Krotoszyn, foto: Małgosia
Jakie masz teraz podejście do mediów społecznościowych?
Zawsze byłem zbyt leniwy, żeby zajmować się swoimi mediami społecznościowymi. Myślę, że to jak z występami: jeśli chcesz być kimś znaczącym w mediach społecznościowych, musisz zainwestować mnóstwo czasu. Musisz śledzić trendy i ciągle coś wrzucać. Nie mam do tego cierpliwości. Jak widzisz, miałem stronę na Facebooku z 200 000 polubień, która została zhakowana. Kiedy zobaczyłem, jak skomplikowane jest jej odzyskanie, nawet się tym nie przejmowałem. Po prostu porzuciłem Facebooka.
Teraz mam tylko Instagrama, ale wrzucam głównie relacje, które mi się podobają. Uporządkowałem swój profil tak, żeby wyglądał ładnie na wypadek, gdyby jacyś organizatorzy go sprawdzali, ale poza tym nie staram się aktywnie poprawiać swojego wizerunku w sieci.
Busker Tour w Krotoszynie, artysta uliczny Stefan Florescu fot Małgosia
Tajwan jest taki, jak ludzie wyobrażają sobie Japonię.
Większość wykonawców rusza w trasę na kilka tygodni lub miesięcy. Ty jesteś w ciągłym ruchu. Jak wygląda Twoje życie koczownika?
Nie próbuję „robić trasy”. Zazwyczaj staram się wyjeżdżać do Azji każdej zimy. Nie lubię drugiej połowy zimy – tej, kiedy śnieg topnieje i zamienia się w błoto.
Myślę, że odwiedziłem około 45 krajów. Niewiele to mówi, bo w Unii Europejskiej każdy może odwiedzić dwadzieścia krajów w dwa miesiące. Nie miałem konkretnego momentu, w którym powiedziałbym: „OK, teraz zacznę podróżować po świecie”. Po prostu tak się składa, że nigdy nie miałem stałego miejsca pobytu na dłużej niż miesiąc.
Nie pakuję się lekko, nawet jeśli wyjeżdżam gdzieś na weekend. Jak ty pakujesz się na kilka miesięcy?
Dla mnie pakowanie jest proste. Nie przywiązuję się do przedmiotów. Prawda jest taka, że jeśli wyjmę z bagażu sprzęt do występów, zostają mi tylko koszulki i spodnie. Mam też figurkę kota (bo nie mogę podróżować z prawdziwym), zegarek od brata i miniszachy.
Podróżujesz ze swoją piękną żoną, Aisą. Pozdrowienia dla niej!
Ona jest moim przeciwieństwem. Ma walizkę, tak dużą, jak moja, pełną ubrań. Projektowanie ubrań to jej pasja i studiowała to. Musi mieć ubrania, które pasują do siebie w sposób, którego nie potrafię pojąć.
Zauważyłam! Rozmawialiśmy nawet o tym w Zielonej Górze, że ona zawsze wygląda z klasą. Czy Aisa również wybiera wasze kolejne kierunki podróży?
Przez większość czasu to ja zajmuję się planowaniem. Jednym z krajów, które odwiedziliśmy, bo ona bardzo chciała go zobaczyć, była Japonia. To było jej marzenie, więc oczywiście to zrobiliśmy.
Czy masz jakieś codzienne rutyny, których starasz się trzymać bez względu na to, gdzie jesteś?
Tak. Staram się robić ponad 10 000 kroków każdego dnia. Robię to już od kilku lat.
Próbowałeś jedzenia z różnych stron świata. Które jest Twoim ulubionym?
Myślę, że moimi ulubionymi kuchniami są tajwańska i tajska. Moją ulubioną potrawą jest butter chicken (kuchnia indyjska).
Jakie są Twoje ulubione kultury i miejsca, które mógłbyś mi polecić do odwiedzenia i poznania?
Zdecydowanie polecam Ci odwiedzenie Tajwanu. Moim zdaniem Tajwan jest tym, czym ludzie wyobrażają sobie, że jest Japonia. To niesamowite miejsce z niesamowitym jedzeniem. To bardzo wygodne miejsce, które przyprawiło mnie o szok kulturowy, kiedy byłem tam po raz pierwszy.
Tajwan jest zdecydowanie na szczycie mojej listy i marzę o tym, żeby kiedyś tam pracować. Mam nawet opis festiwalu Busker Tour przetłumaczony na tajwański i japoński!
Może pewnego dnia zorganizujesz Busker Tour w jakimś azjatyckim kraju. Albo – myślę, że byłoby bardzo ciekawe, międzynarodowy Busker Tour w dwóch lub trzech krajach. Skoro to tour, byłoby to super zabawne.
To moje marzenie i cel! Przez lata nauczyłem się, że muszę mówić o moich marzeniach na głos, inaczej skąd ludzie mają o nich wiedzieć? Więc ta wiadomość jest dla osób, które mogą pomóc to zrealizować: zatrudnijcie mnie!
Gdybyś miał się teraz osiedlić, gdzie na świecie by to było?
Przez długi czas myślałem, że gdybym mógł uzyskać pozwolenie, by występować na ulicy właśnie tam, wybrałbym osiedlenie się na Tajwanie. Myślę, że to jedno z najlepszych miejsc do życia. To najbezpieczniejszy kraj, w jakim kiedykolwiek byłem. Możesz zjeść na mieście za mniejsze pieniądze, niż wydałabyś na gotowanie w domu w Europie. Całe jedzenie jest pyszne, ludzie są niesamowicie uprzejmi i ma się wrażenie, że jest tam mniej biurokracji niż w Europie. Mają bardzo dobrą komunikację miejską i piękne miasta. To była dla mnie kraina jak z marzeń. Po tych wszystkich latach to wciąż jedno z moich ulubionych miejsc.
To brzmi dokładnie tak, jak opisał mi to Kuo Chien Hung i jak wygląda na wszystkich pocztówkach, które mi przysłał!
Projekt „Show dla wszystkich” (Show for Everyone)
Opowiedz mi więcej o swoim projekcie charytatywnym.
Kiedyś występowałem zimą na Tajwanie i w Hongkongu. Jednak gdy kończą się przerwy świąteczne, nie jest to najlepszy czas na występy. Musiałem się do nich zmuszać i nie sprawiało mi to przyjemności, a ludzie nie chcieli oglądać pokazów.
Zacząłem się zastanawiać: „Dlaczego ja to w ogóle robię?”. Pomyślałem, że może lepiej byłoby po prostu pojechać na wakacje na Filipiny, odpocząć, poświęcić czas na zgłoszenia do festiwali i zamiast tego skupić się na kolejnym sezonie. Kiedy już tam byłem, wpadła mi do głowy inna myśl: „A co gdybym zrobił kilka pokazów dla dzieciaków? Nie kosztowałoby mnie to prawie nic, a muszę też ćwiczyć, żeby nie wyjść z wprawy”. No i zrobiłem to.
I uwierz mi, jak zrobisz to raz, nie możesz przestać. Występowanie dla dzieci, które nigdy w życiu nie widziały pokazu, to coś wyjątkowego. Coś, czego nigdy wcześniej nie czułem.
Teraz jestem już w trzecim sezonie projektu i jest coraz lepiej.
Myślę, że jednocześnie dostaję więcej angaży na festiwalach właśnie dzięki mojemu projektowi, ale nie robię tego, żeby zdobyć więcej zleceń. Teraz jestem w punkcie, w którym mnie to nie obchodzi. Wysyłam zgłoszenia, ale wiem, że z festiwalami czy bez, będę miał dobrą przyszłość jako artysta, a moim celem jest rozwój „Show for Everyone” do momentu, w którym będę mógł zabierać ze sobą innych artystów, by występowali w odizolowanych społecznościach.
Od środka pustyni po dżunglę – świat jest wielki i wielu ludzi powinno dowiedzieć się o artystach ulicznych.
W jaki sposób ludzie mogą wspierać twoje działania?
Ludzie już wspierają moją działalność, przekazując datki po moich pokazach. Najlepszym sposobem na wsparcie mojego projektu jest obserwowanie go i mówienie o nim innym, aby dotarł do jak największej liczby osób.
Nie zawsze będziesz zarabiać więcej w bogatszych krajach.
Jaki był dotąd Twój ulubiony kraj do występowania? Czy publiczność reaguje różnie w zależności od kraju?
Publiczność zdecydowanie reaguje inaczej. Na Tajwanie są bardzo cisi, ale pełni szacunku. Nie ma tam osób przeszkadzających (hecklers), a ludzie mają cierpliwość, by długo na ciebie czekać, zanim zaczniesz, więc możesz pozwolić sobie na długi wstęp przed samym pokazem.
W Rumunii, gdybyś tak zrobił, na pewno by to skomentowali. Powiedzieliby ci: „Daj spokój. Zaczynaj już”.
Na Tajwanie, gdy przyjmiesz pozę, ludzie klaszczą. W Rumunii musiałem ich nauczyć, że muszą klaskać, gdy pozujesz. Myślę, że nie mamy tej kultury występów. Jednocześnie energia w Rumunii jest świetna. Myślę, że mój ulubiony dotychczasowy występ odbył się w Sybinie, na festiwalu FITS.
Zamiast mówić, że niektóre kraje reagują bardziej niż inne, powiedziałbym, że ludzie, którzy nigdy wcześniej nie widzieli pokazów, są bardzo wdzięczną publicznością.
Najlepszy tłum i reakcja, jakie kiedykolwiek doświadczyłeś podczas występowania na ulicy?
Sądzę, że przez występowanie na ulicy masz na myśli zwykły uliczny pokaz, a nie ten na festiwalu. Powiedziałbym, że najlepszą reakcję, z jaką się spotkałem, miałem w Puerto Princesa na Filipinach. Myślę, że oni nigdy wcześniej nie widzieli ulicznych pokazów, a Filipińczycy są też zazwyczaj bardzo radosną i entuzjastyczną publicznością. Kiedy tam występowałem, byli reagowali tak głośno, że nie słyszałem już własnego głośnika. To właściwie trudne dla mnie, bo staram się robić triki do rytmu muzyki. Ale… nie mogę narzekać!
Czego nauczyłeś się przez lata występowania na ulicy?
Jedną rzeczą, której nauczyłem się przez lata, jest to, że nie zawsze zarabia się więcej w bogatszych krajach. Nie mówię o festiwalach, ale o zwykłych pokazach ulicznych. Wszyscy artyści jeżdżą do Londynu, Berlina i innych słynnych miejsc, żeby występować, ale byliby zaskoczeni, jak dobre mogą być pokazy uliczne w Kiszyniowie (Mołdawia), Jassach (Rumunia), Belgradzie (Serbia) i wielu innych miejscach, które nie są znane jako miejsca do występów ulicznych.
Stefan Florescu Freestyle football na festiwalu Busker Tour foto Joanna Dryjańska-Pluta
Jaki był dotąd najbardziej przerażający moment podczas występu na ulicy?
Myślę, że nigdy nie brałem udziału w faktycznie przerażającej sytuacji związanej z pokazami ulicznymi. Jednak w 2016 roku pojechałem robić pokazy w Stambule, tuż po tym, jak armia próbowała przejąć kontrolę nad Turcją i obalić prezydenta Erdogana.
Sytuacja była napięta, a po ulicach patrolowały pojazdy opancerzone. Byłem w połowie pokazu, gdy w moją stronę nadjechał czołg (tak, prawdziwy czołg, taki jakie widzimy w telewizji albo na corocznej paradzie wojskowej). Wtedy nie wiedziałem, jak zareagować. Byłem w trakcie rutyny. Pomyślałem, że po prostu cofnę się, robiąc triki, ludzie się rozsuną i czołg przejedzie.
Nie wiedziałem jednak, że Turcy to bardzo oporny naród. Nienawidzili też armii po tym, co się niedawno wydarzyło. Ku mojemu zdziwieniu, nikt się nie ruszył. Czołg podjeżdżał coraz bliżej i bliżej, ale nikt nie drgnął nawet o centymetr. Nawet nie zwracali na niego uwagi. Stałem więc tam, robiąc triki piłkarskie z lufą czołgu wiszącą nad całą moją sceną uliczną i tłumem. A oni czekali, aż skończę i zbiorę datki na koniec. Dopiero wtedy przejechał. Kilka minut później podeszło dwóch elegancko ubranych mężczyzn i powiedziało mi, że muszę sobie pójść.
Słyszałam historie od buskerów z Turcji, którzy mówili, że zdarzały się sytuacje, w których artyści uliczni byli nawet bici. Swoją drogą, spacerowanie ulicą Istiklal, gdy była wypełniona muzyką uliczną, było jednym z najpiękniejszych doświadczeń w moim życiu.
Więc zasadniczo, zasada w Stambule była taka, że mogłeś występować, ale nie mogłeś mieć tłumu.
Gdy tylko wokół muzyków zebrało się więcej niż 10 osób, przerywali na kilka minut, żeby wszyscy się rozeszli. Mieli paranoję na punkcie ataków terrorystycznych na tłumy. To takie dziwne podejście, ponieważ tłumy tworzą się nawet na światłach, zanim zapali się zielone. Myślę, że to bezużyteczne rozwiązanie, które nie rozwiązuje problemu. Jednocześnie nazywa się to „atakami terrorystycznymi”, ponieważ ich celem jest budzenie strachu. Więc zatrzymując pokazy uliczne, po prostu udowadniasz, że przegrałeś „wojnę” z terroryzmem.
Ulica to po prostu kolejne miejsce do występowania.
Czy uważasz, że występy uliczne powinny być regulowane? Gdybyś miał zdecydować, jakie byłyby najlepsze zasady?
Dla mnie ulica to po prostu kolejne miejsce do występów. Nie robię tego, żeby uciec od systemu, unikać podatków czy cokolwiek innego, co było marzeniem artystów ulicznych wiele lat temu. Chcę, żeby to było uregulowane; chcę szanować prawo, płacić podatki i mieć świadczenia, jak w każdej innej normalnej pracy.
Nie sądzę, by istniały ogólne zasady, które sprawdzą się wszędzie. Uważam, że lokalni urzędnicy powinni rozmawiać z buskerami, zanim stworzą przepisy. Często po prostu kopiują regulaminy z innych krajów i powstają zasady, które nie mają żadnego sensu.
Na przykład w Rumunii mamy zakaz używania głośników po godzinie 22:00 w kurorcie nadmorskim, do którego wszyscy przyjeżdżają imprezować. O 22:00 ludzie dopiero wychodzą z domów. Okolica jest pełna klubów i wszędzie jest bardzo głośno, ale policja nie chce, żebyśmy używali głośników, bo „jest późno”. To przykład zasad, które są bezmyślnie kopiowane.
Jakie masz wskazówki dla początkujących? Jakiej rady mógłbyś udzielić młodym performerom, takim jak Ty?
Powiedziałbym: słuchaj rad i rób to, co chcesz. Rozważaj to, co mówią inni, ale nie pozwól ludziom projektować twojego pokazu. Najbardziej zapadający w pamięć wykonawcy, piosenkarze czy artyści jakiegokolwiek rodzaju to ci, którzy robili to, co lubili, dopóki ludzie też nie zaczęli tego lubić. Trendy zmieniają się cały czas. Nie goń za trendem. Stań się nim.
Zawsze lubię robić dużo trików, ale wszyscy powtarzają mi, że muszę więcej mówić, a robić mniej trików. Że ludzie się znudzą, jeśli będę robił za dużo. Chcę im udowodnić, że się mylą. Więc za każdym razem, gdy ktoś mi mówi, że powinienem robić mniej trików i więcej mówić, dodaję jeszcze jeden trik!
Lubię triki, ale wiem też, że mimo iż nie mówisz dużo, wchodzisz w interakcję z widzami. Jak budujesz publiczność?
Myślę, że budowanie tłumu to cała filozofia.
Istnieje tak wiele technik, zasad, sztuczek i wyczucia czasu. Działają one też różnie w różnych miejscach. Nie potrafię powiedzieć, jak buduję publiczność, ponieważ to naprawdę zależy od sytuacji, miejsca, od tego, czy jest to dzień powszedni, czy weekend, czy pokaz odbywa się w słońcu, w cieniu czy w nocy, przy szybkim czy wolnym przepływie ludzi, a także od wielu innych zmiennych.
Jedną rzeczą, którą lubię robić – a widzę, że niewielu artystów to robi – jest posiadanie porządnego harmonogramu. Wszyscy myślą, że pokazy uliczne są po prostu przypadkowe. Lubię przychodzić wcześniej i wystawiać wyraźny znak z godzinami pokazów. Nie wystarczy użyć markera lub kredy, aby zapisać to na tablicy. To musi być wydrukowane, wyglądać profesjonalnie, a nie jak coś, co można ot tak przesunąć.
15 minut przed pokazem włączam muzykę. Często zobaczysz ludzi spoglądających na zegarki. Niektórzy z nich wrócą, by obejrzeć występ. Przez większość czasu mam ludzi czekających na rozpoczęcie już 5 minut przed godziną pokazu. I to jest świetny start. Nie chodzi tylko o to, by mieć kilka osób więcej. Zawsze lepiej zacząć z ludźmi i budować wokół nich. Ponadto, jeśli ludzie na ciebie czekają, nie zaczynaj wcześniej. Pozwalanie ludziom czekać buduje napięcie i poczucie wartości. Oni czekają na ciebie. Zatem nie jesteś wykonawcą szukającym tłumu. Oni są publicznością czekającą na show. A to bardzo zmienia pokaz.
Stefan Florescu z diabolo. Foto: Joanna Dryjańska-Pluta
Gdy jesteś widzem, jakie pokazy sprawiają, że zatrzymujesz się i zostajesz na ulicy?
Myślę, że tym, co skłania mnie do zatrzymania się i oglądania, jest moment, w którym czuję profesjonalizm buskera. Potrafię wyczuć, czy pokaz jest dobry, zanim jeszcze się zacznie – tylko po szczegółach, które świadczą o tym, że dana osoba wie, co robi.
Kto jest Twoim ulubionym artystą ulicznym i jakie są najlepsze pokazy, jakie kiedykolwiek widziałeś?
Mam wielu wykonawców, których lubię. Richard Circusstar (Tajwan/Ghana), Isaac (performer z Tajwanu robiący Cyr Wheel). Pewnie nie znasz wielu artystów, których lubię, ponieważ nigdy nie opuszczają Tajwanu.
Moim ulubionym buskerem jest chyba WillStreet – legendarny breakdancer z Francji.
Busker Tour staje się azjatycki! Kto wie, może spotkam ich albo w Polsce, albo kiedy dostanę tę pracę w Azji!
Jakie rutyny i żarty uważasz za najbardziej oklepane i nudne?
Wszystkie te żarty typu: „Nie róbcie tego w domu, róbcie to w szkole” albo „to jest mój menedżer” sprawiają, że czuję się nieswojo. Jednym ze schematów, których używa wielu wykonawców – i który już na wstępie pokazuje mi, że to nie jest profesjonalny pokaz – jest ten, kiedy mówią ci, że zaczną od jednego, dwóch lub trzech trików na rozgrzewkę i publiczność musi robić hałas po każdym z nich, żebyś mógł zacząć show. Myślę, że to bardzo słaba struktura, a artyści wciąż jej używają. To pokazuje tylko, że ich pokaz w ich własnej opinii nie jest wystarczająco długi i próbują go rozciągnąć.
Może to ich metoda na budowanie publiczności? Nie lubię pokazów, w których występujący cały czas mówią o „wielkim finale”, a finałowy numer to jedyna rzecz, jaką mają. Może myślimy o tym samym?
To nie jest metoda budowania publiczności. Robią to dopiero już tym, jak ją zbiorą. To struktura, której artyści używają, aby wykorzystać energię od widzów, która pozwala im przedłużyć długość ich występu.
Budowanie pokazu wokół jednej sztuczki to styl australijski. Cały występ jest właściwie jednym wielkim budowaniem napięcia. Sprawdza się to w miejscach, gdzie trudno zatrzymać publiczność, a łatwo jej odejść, gdy już zobaczy to, co chciała. Artyści starają się zapewnić ludziom rozrywkę, nie pokazując zbyt wiele aż do tej jednej finałowej sztuczki.
Kiedy ludzie są już po Twojej stronie i po prostu chcą zobaczyć Twój występ, nie możesz poświęcić 30 minut na same obietnice i wykonać tylko jedną sztuczkę, bo to rozczarowujące.
Busking Balkans: Wlora, Albania, foto Malgosia
Stefan, omówiliśmy całkiem sporo tematów! Czy jest coś, co pominęłam lub co chciałbyś dodać?
Tak. Dzisiaj, po występie w szkole w małym miasteczku, jeden z nauczycieli powiedział mi, że kilka dni wcześniej zmarła jego żona. Powiedział, że to był pierwszy raz od tamtej chwili, kiedy się uśmiechnął, i przez kilka minut był w stanie znów poczuć szczęście.
To był najpiękniejszy i jednocześnie najsmutniejszy komplement, jaki kiedykolwiek otrzymałem. Dało mi to więcej satysfakcji, niż pieniądze kiedykolwiek mogłyby dać.
Takie chwile przypominają mi, że jako artyści mamy moc wpływania na ludzi w sposób, z którego możemy nie zdawać sobie sprawy. Każdy z nas może dokonać małej zmiany. A kiedy wielu z nas zdecyduje się używać swojej sztuki z intencją, małe zmiany mogą stać się znaczącą przemianą.
To nie pierwszy raz, kiedy słyszę podobną historię. Na tym polega siła sztuki ulicznej.
I jeszcze jedna pozytywna wiadomość dla wszystkich buskerów, którzy chcą występować na festiwalach: festiwale mają ograniczoną liczbę wykonawców, których mogą zaprosić. „W tym roku nie zostałeś zaproszony” nie zawsze oznacza, że ktoś nie sprawdził twojego zgłoszenia lub że nie podobał mu się twój pokaz.
Nie obrażaj się, gdy ktoś cię nie zaprosi. Zamiast tego doceń to, gdy otrzymasz odpowiedź, przemyśl ją i wybierz te wskazówki, które z tobą rezonują i które chcesz wdrożyć.
Sztuka uliczna to nie botoks. Nie chodzi o to, by każdy występ wyglądał tak samo. Zawsze powtarzam, że charyzma wykonawcy jest jednym z elementów, które czynią pokaz wyjątkowym.
Poświęć czas na znalezienie festiwalu z dyrektorami artystycznymi, którzy dają szansę artystom występującym na ulicy, zapraszając ich po raz pierwszy na festiwal. A kiedy dostaniesz tę szansę, wykorzystaj ją mądrze! I bądź pokorny.
Dzięki, Stefan! Świetnie mi się z Tobą rozmawiało! Ciekawa jestem, czy ktokolwiek przeczyta całość. Mam nadzieję, że dadzą nam znać. Do zobaczenia na naszym następnym treningu diabolo!
AUTOR
Małgorzata Węglarz (Margarita)
Lubię kolorowe sukienki, różowe szminki, greckie oliwki, wschody i zachody słońca, puzzle z obrazami Klimta oraz buskerów.
Dzielę się tutaj moją pasją do sztuki ulicznej, a także wskazówkami i spostrzeżeniami jako producenta i dyrektora artystycznego Busker Tour.
Oprócz organizacji wydarzeń pod marką Busker Tour, współpracuję z międzynarodowymi partnerami jako kurator i współproducent nowych oraz istniejących festiwali ulicznych.